Jak to się szybko zmienia!!!
Jak to ewoluuje!
Czasami się zastanawiam jak ja za tym nadążam.
Ledwie stworzyłem zygotę a już okazuje się, że to nowe życie nie ma racji bytu.
Nie chciałem zabić, bo nigdy bym tego nie zrobił.
Ale póki co, dzieje się to poza mną.
Swoim dotychczasowym autorytetem zajmę się dogłębnie już wkrótce, bo wiąże się z tym wiele ciekawych a niewyjaśnionych faktów.
A tymczasem zupełnie inny scenariusz.
Zupełnie nowa jakość, nowa pasja i oby rozwijała się coraz bardziej.
Zapraszam na: Facebook
poniedziałek, 11 czerwca 2012
niedziela, 1 kwietnia 2012
Wydarzenie roku 2012
Ten rok jeszcze się nie skończył ale już teraz, z niemałym prawdopodobieństwem mogę stwierdzić, że bardzo znaczącym wydarzeniem było moje spotkanie z Piotrem Tymochowiczem.
Bardzo ale to naprawdę bardzo interesujące spotkanie. I to nie ze względu na to, że od dawna jest on moim autorytetem w dziedzinie, którą się interesuję, choć nie tylko w tej dziedzinie.
Piotr, prywatnie czy półprywatnie jest dość ciekawym człowiekiem, o bardzo złożonej i intrygującej osobowości.
Krótkie, bo zaledwie dwugodzinne spotkanie, pozwoliło mi z zupełnie innej, nowej perspektywy spojrzeć na pewne sprawy.
O dziwo, owe dwie godziny dały mi też możliwość skonfrontowania opinii, z różnych źródeł, jakie można znaleźć na temat Piotra Tymochowicza, z rzeczywistością, zarówno obiektywną, opartą na faktach, jak i tą, prezentowaną przez niego samego.
Specjalnie użyłem tu takiego rozróżnienia ale sam powód takiego zabiegu postaram się przedstawić w kolejnych postach.
Jak wiele niejasności pozwoliło mi rozwiać to spotkanie i jak dużo ciekawych spostrzeżeń przyniosło, będę starał się sukcesywnie prezentować i poddawać, w ten sposób, publicznej ocenie.
Bardzo ale to naprawdę bardzo interesujące spotkanie. I to nie ze względu na to, że od dawna jest on moim autorytetem w dziedzinie, którą się interesuję, choć nie tylko w tej dziedzinie.
Piotr, prywatnie czy półprywatnie jest dość ciekawym człowiekiem, o bardzo złożonej i intrygującej osobowości.
Krótkie, bo zaledwie dwugodzinne spotkanie, pozwoliło mi z zupełnie innej, nowej perspektywy spojrzeć na pewne sprawy.
O dziwo, owe dwie godziny dały mi też możliwość skonfrontowania opinii, z różnych źródeł, jakie można znaleźć na temat Piotra Tymochowicza, z rzeczywistością, zarówno obiektywną, opartą na faktach, jak i tą, prezentowaną przez niego samego.
Specjalnie użyłem tu takiego rozróżnienia ale sam powód takiego zabiegu postaram się przedstawić w kolejnych postach.
Jak wiele niejasności pozwoliło mi rozwiać to spotkanie i jak dużo ciekawych spostrzeżeń przyniosło, będę starał się sukcesywnie prezentować i poddawać, w ten sposób, publicznej ocenie.
piątek, 2 marca 2012
Dopuszczam zmianę tylko na lepsze
Promuję tę stronę, choć na razie względnie aktywnie, na różne sposoby a przecież sam widzę, że mimo najszczerszych chęci nie można na dłuższą metę pisać z zapałem o niczym.
Sytuacja vice versa jest dużo bardziej atrakcyjna dla odbiorcy.
Oczywiste jest przecież, że, gdy temat jest naprawdę dobry to nawet tak kiepski blogger jak ja, nie zniechęci innych tak szybko do kontynuowania wątku czy własnych poszukiwań.
Dlatego też uciekając od nudy i przeciętności, podejmując walkę z psychiczną stagnacją, zamierzam wprowadzić pewien porządek tematyczny na moją stronę.
Doskonale wiem jaka domena najbardziej poderwie mnie do aktywności i sama w sobie będzie katalizatorem lepszych procesów myślowych.
Nie dalej jak parę dni temu, dokładnie we wtorek spotkał mnie wielki zaszczyt.
To było coś naprawdę wielkiego i ważnego, może nie w perspektywie całego życia, bo takie stwierdzenie trąciłoby mocno trywializmem i fałszywym zachwytem, ale na pewno nastąpił pewien przełom.
Spotkałem autorytet, który przez wiele lat, czasem mniej a czasem bardziej widocznie, oddziaływał na moje zainteresowania a nawet emocje. Emocje jako pochodna niezwykłej skuteczności, w każdym aspekcie działań.
Autorytet ten, mimo ewidentnych dysproporcji między nami w pozycji społecznej i zawodowej, zdecydował się umówić ze mną i poświęcić mi całe dwie godziny na wspólną rozmowę.
To zupełnie inny typ wrażeń niż to miłe pobudzenie, gdy miałem okazję wejść na scenę, i "zaśpiewać" z Marylą Rodowicz.
To też nie ten sam typ poczucia bycia wyróżnionym i doświadczenia ponadprzeciętnej satysfakcji, gdy mogłem uścisnąć rękę i zamienić słów kilka z Januszem Korwinem-Mikke.
To absolutnie odmiennej jakości wydarzenie, które z pewnością, w odpowiednim czasie, dokładnie zrelacjonuję.
Już wkrótce otwarcie nowego ważnego rozdziału.
Przynajmniej taki mam plan, choć jeśli nikt tu nie zagląda to może wcale nie powinienem czuć się zobowiązany taką deklaracją...
Sytuacja vice versa jest dużo bardziej atrakcyjna dla odbiorcy.
Oczywiste jest przecież, że, gdy temat jest naprawdę dobry to nawet tak kiepski blogger jak ja, nie zniechęci innych tak szybko do kontynuowania wątku czy własnych poszukiwań.
Dlatego też uciekając od nudy i przeciętności, podejmując walkę z psychiczną stagnacją, zamierzam wprowadzić pewien porządek tematyczny na moją stronę.
Doskonale wiem jaka domena najbardziej poderwie mnie do aktywności i sama w sobie będzie katalizatorem lepszych procesów myślowych.
Nie dalej jak parę dni temu, dokładnie we wtorek spotkał mnie wielki zaszczyt.
To było coś naprawdę wielkiego i ważnego, może nie w perspektywie całego życia, bo takie stwierdzenie trąciłoby mocno trywializmem i fałszywym zachwytem, ale na pewno nastąpił pewien przełom.
Spotkałem autorytet, który przez wiele lat, czasem mniej a czasem bardziej widocznie, oddziaływał na moje zainteresowania a nawet emocje. Emocje jako pochodna niezwykłej skuteczności, w każdym aspekcie działań.
Autorytet ten, mimo ewidentnych dysproporcji między nami w pozycji społecznej i zawodowej, zdecydował się umówić ze mną i poświęcić mi całe dwie godziny na wspólną rozmowę.
To zupełnie inny typ wrażeń niż to miłe pobudzenie, gdy miałem okazję wejść na scenę, i "zaśpiewać" z Marylą Rodowicz.
To też nie ten sam typ poczucia bycia wyróżnionym i doświadczenia ponadprzeciętnej satysfakcji, gdy mogłem uścisnąć rękę i zamienić słów kilka z Januszem Korwinem-Mikke.
To absolutnie odmiennej jakości wydarzenie, które z pewnością, w odpowiednim czasie, dokładnie zrelacjonuję.
Już wkrótce otwarcie nowego ważnego rozdziału.
Przynajmniej taki mam plan, choć jeśli nikt tu nie zagląda to może wcale nie powinienem czuć się zobowiązany taką deklaracją...
środa, 30 listopada 2011
Czy chcemy zmieniać rzeczywistość na lepszą?
Dlaczego zawsze lub niemal zawsze, gdy zderzamy się z zachowaniami, które nas irytują albo, nawet obiektywnie, nie są całkiem normalne, musimy bronić się udawaną tolerancją?
Dlaczego żyjąc wśród ludzi, którzy nie zasłużyli na pełnoprawne funkcjonowanie w społeczeństwie, musimy akceptować ich niewybredne a nierzadko nonszalanckie manifestacje odmienności?
Czy częstość występowania takich zjawisk musi oznaczać ich usankcjonowanie?
Czy w grupie stu osób, sześćdziesięciu idiotów buduje podstawę do stwierdzenia, że zachowanie większości jest normą?”
Wiele jest takich aspektów życia codziennego, w których zmuszeni jesteśmy spotykać się z odmiennym pojęciem kultury czy po prostu nieposzanowania pewnych niepisanych reguł współżycia społecznego.
Irytują mnie strasznie pewne zachowania pseudokierowców, które złudnie mają w czymś pomóc, a w konsekwencji utrudniają poruszanie się w ruchu ulicznym innym kierowcom.
Ze względu na to, że od jakiegoś czasu trwa remont drogi, którą pokonywać muszę przynajmniej dwa razy dziennie, nader często dotyka mnie kretynizm kierowców, którzy nie wiedzą jak zachować się przed zwężeniem jezdni spowodowanym pracami prowadzonymi na jednym z pasów.
Blokowanie kończącego się pasa przez powolną jazdę tylko pozornie rozładowuje korek, bo przecież za blokującym pas pojazdem tworzy się podwójny korek.
Nie wspomnę już o utrudnianiu za wszelką cenę innym kierującym zmianę pasa jadąc na tzw. zderzak.
Czy nie jest to działanie złośliwe i idiotyczne?
Bo jak nazwać to inaczej?

W każdym normalnym kraju (np. Niemcy, Austria) stosuje się wtedy, prawnie uregulowaną, zasadę tzw. „suwaka” lub „zamka błyskawicznego”.
Polega ona na tym, że aż do miejsca, gdzie jeden z pasów jest zamknięty samochody poruszają się dwoma pasami, po czym każde auto z pasa czynnego wpuszcza jedno auto z pasa, który za kilkanaście metrów się kończy.
Nie dalej jak miesiąc, może dwa miesiące temu rozpocząłem wraz z kolegą akcję społeczną mającą charakter edukacyjny.
Zamierzeniem akcji było dotarcie do jak największej liczby kierowców z przekazem objaśniającym sposób i cel stosowania zasady „suwaka”.
Z późniejszej reakcji kierowców można było wywnioskować, że w jakimś niewielkim procencie akcja odniosła skutek.
Jednak chwilowy albo po prostu bardzo ograniczony ze względu na obszar aktywności, którą byłem w stanie prowadzić.
Niezadowalające wyniki wynikają też z braku czasu, bo w przeważającej części akcję prowadziłem samodzielnie.
Ze względu na to, że pod koniec na przeszkodzie stanęła niesprzyjająca aura, o pomoc w kontynuowaniu przedsięwzięcia zwróciłem się do kilku państwowych instytucji, m.in. Urzędu Miasta i Policji.
Nie liczyłem na wsparcie materialne (może poza pomocą w profesjonalnym druku ulotek i plakatów) a raczej na inne, pasywne formy poparcia moich działań.
Działając w pojedynkę, dla osiągnięcia zamierzonego celu musiałbym pracować naprawdę intensywnie przez parę miesięcy.
Jestem jednak zdania, że realizując dobrze zaplanowaną strategię mógłbym osiągnąć widoczny sukces.
Niestety brak jakiejkolwiek odpowiedzi od instytucji, do których się zwróciłem napewno nie dodał mi chęci do działania.
O ileż łatwiej byłoby, gdybym uzyskał choćby propozycję patronatu nad misją, którą sobie wyznaczyłem.
Albo umieszczenia na oficjalnej stronie internetowej informacji spójnej z prowadzonymi przeze mnie działaniami.
Ale cóż, wygląda na to, że wątpliwej jakości mentalność przeciętnego Polaka ma solidne wparcie w postaci powszechnego braku chęci do kształtowania pozytywnych zmian otaczającej nas rzeczywistości.
Szkoda.
Będziemy dalej tkwić w swoim prowincjonalnym światku, bo przecież, bez wyraźnej chęci samych zainteresowanych, nic nie stanie się lepsze.
Dlaczego żyjąc wśród ludzi, którzy nie zasłużyli na pełnoprawne funkcjonowanie w społeczeństwie, musimy akceptować ich niewybredne a nierzadko nonszalanckie manifestacje odmienności?
Czy częstość występowania takich zjawisk musi oznaczać ich usankcjonowanie?
Czy w grupie stu osób, sześćdziesięciu idiotów buduje podstawę do stwierdzenia, że zachowanie większości jest normą?”
Wiele jest takich aspektów życia codziennego, w których zmuszeni jesteśmy spotykać się z odmiennym pojęciem kultury czy po prostu nieposzanowania pewnych niepisanych reguł współżycia społecznego.
Irytują mnie strasznie pewne zachowania pseudokierowców, które złudnie mają w czymś pomóc, a w konsekwencji utrudniają poruszanie się w ruchu ulicznym innym kierowcom.
Ze względu na to, że od jakiegoś czasu trwa remont drogi, którą pokonywać muszę przynajmniej dwa razy dziennie, nader często dotyka mnie kretynizm kierowców, którzy nie wiedzą jak zachować się przed zwężeniem jezdni spowodowanym pracami prowadzonymi na jednym z pasów.
Blokowanie kończącego się pasa przez powolną jazdę tylko pozornie rozładowuje korek, bo przecież za blokującym pas pojazdem tworzy się podwójny korek.
Nie wspomnę już o utrudnianiu za wszelką cenę innym kierującym zmianę pasa jadąc na tzw. zderzak.
Czy nie jest to działanie złośliwe i idiotyczne?
Bo jak nazwać to inaczej?
W każdym normalnym kraju (np. Niemcy, Austria) stosuje się wtedy, prawnie uregulowaną, zasadę tzw. „suwaka” lub „zamka błyskawicznego”.
Polega ona na tym, że aż do miejsca, gdzie jeden z pasów jest zamknięty samochody poruszają się dwoma pasami, po czym każde auto z pasa czynnego wpuszcza jedno auto z pasa, który za kilkanaście metrów się kończy.
Nie dalej jak miesiąc, może dwa miesiące temu rozpocząłem wraz z kolegą akcję społeczną mającą charakter edukacyjny.
Zamierzeniem akcji było dotarcie do jak największej liczby kierowców z przekazem objaśniającym sposób i cel stosowania zasady „suwaka”.
Z późniejszej reakcji kierowców można było wywnioskować, że w jakimś niewielkim procencie akcja odniosła skutek.
Jednak chwilowy albo po prostu bardzo ograniczony ze względu na obszar aktywności, którą byłem w stanie prowadzić.
Niezadowalające wyniki wynikają też z braku czasu, bo w przeważającej części akcję prowadziłem samodzielnie.
Ze względu na to, że pod koniec na przeszkodzie stanęła niesprzyjająca aura, o pomoc w kontynuowaniu przedsięwzięcia zwróciłem się do kilku państwowych instytucji, m.in. Urzędu Miasta i Policji.
Nie liczyłem na wsparcie materialne (może poza pomocą w profesjonalnym druku ulotek i plakatów) a raczej na inne, pasywne formy poparcia moich działań.
Działając w pojedynkę, dla osiągnięcia zamierzonego celu musiałbym pracować naprawdę intensywnie przez parę miesięcy.
Jestem jednak zdania, że realizując dobrze zaplanowaną strategię mógłbym osiągnąć widoczny sukces.
Niestety brak jakiejkolwiek odpowiedzi od instytucji, do których się zwróciłem napewno nie dodał mi chęci do działania.
O ileż łatwiej byłoby, gdybym uzyskał choćby propozycję patronatu nad misją, którą sobie wyznaczyłem.
Albo umieszczenia na oficjalnej stronie internetowej informacji spójnej z prowadzonymi przeze mnie działaniami.
Ale cóż, wygląda na to, że wątpliwej jakości mentalność przeciętnego Polaka ma solidne wparcie w postaci powszechnego braku chęci do kształtowania pozytywnych zmian otaczającej nas rzeczywistości.
Szkoda.
Będziemy dalej tkwić w swoim prowincjonalnym światku, bo przecież, bez wyraźnej chęci samych zainteresowanych, nic nie stanie się lepsze.
czwartek, 13 stycznia 2011
Punkt widzenia, czyli jak żyć wśród arogantów
Jeszcze do niedawna swój punkt widzenia przyjmowałem za odniesienie do zachowań wszystkich ludzi, oczywiście począwszy ode mnie samego.
Kiedy wydaje się, że nawet jeśli nie zawsze postępuję idealnie, choćby w kwestii dobrego wychowania to przecież znam wszystkie niezbędne, złote zasady dotyczące zachowania się w stosunku do otoczenia, głównie innych ludzi.
Taka zasada w pojmowaniu świata wynika z jednej strony z filtrowanej mniej lub bardziej socjalizacji, ale z drugiej strony z pewnego rodzaju autoterapii, która pomaga utrzymać właściwą kondycję psychiczną.
Tym większy kubeł zimnej woli leje się na moją głowę za każdym razem, gdy dostrzegam, że dziwne, nieprzyjemne, czy nawet nonszalanckie czyjeś zachowanie nie jest odchyleniem od mojego (poprawnego) punktu widzenia, ale prawidłową pozycją punktu widzenia tejże, „inaczej” zachowującej się osoby.
Pocieszam się nieraz, że im bardziej ten mój punkt widzenia jest powszechny i uważany za odniesienie dla wielu innych osób, tym większe przekonanie, że to właśnie ten punkt widzenia określa pewne pożądane normy społeczne.
Pozostaje tylko pytanie czy termin ogólnie przyjętych norm społecznych (nie zawieram tu w żaden sposób norm obligatoryjnych) nie ulega rozmywaniu w dzisiejszych, liberalnych czasach.
Coś, co irytuje a nierzadko wyprowadza z równowagi chyba nie tylko mnie.
Najwyższy czas, aby znaleźć jakieś skuteczne rozwiązanie na zatłoczone parkingi. Można mieć takie pobożne życzenie, ale żeby same życzenia miały jakąś moc sprawczą…
Problemu takiego nie mają oczywiście mieszkańcy nowych bloków, gdzie deweloper miał nawet obowiązek zapewnić dostateczną ilość miejsc postojowych. Trudności zauważalne są z reguły w pobliżu bloków 5-letnich i starszych.
Można zrozumieć, że wokół takich blokowisk każde miejsce, zwłaszcza w godzinach popołudniowych jest na wagę złota, ale, moim zdaniem, nie zwalnia to absolutnie żadnego kierowcy z właściwego zachowania i przestrzegania pewnych rozsądnych norm.
Jakże zazdroszczę tym, którzy mają do tej sprawy nawet ambiwalentny stosunek, ale nie wywołuje to w nich żadnych negatywnych emocji.
Za żadne skarby nie potrafię neutralnie ocenić sytuacji, w której widzę jak ktoś w nonszalancki sposób zaparkował swoje auto, blokując jednocześnie dwa miejsca parkingowe. Zwłaszcza w sytuacji, gdy wszystkie inne miejsca są już zajęte.
Albo "artysta" częściowo blokujący wyjazd z parkingu zostawiając swoje auto dwoma kołami na krawężniku, a dwoma na trawie lub w jakiejkolwiek innej, ekwilibrystycznej pozie.
Dlaczego taki kierowca nie doświadcza żadnych nieprzyjemności, skoro nierzadko przez takiego delikwenta musimy szukać miejsca gdzieś znacznie dalej?
Dlaczego żadnych nieprzyjemności nie doświadcza kierowca, który parkując zbyt blisko lub w miejscu co najmniej dziwnym poważnie utrudnia innym wyjazd z parkingu?
No właśnie, dlaczego?
Kolejny przykład, niemotoryzacyjny tym razem.
O ile w wielu przypadkach kwestia palenia papierosów jest już na szczęście unormowana prawnie (choć z wyegzekwowaniem tego prawa jest różnie) to niestety nierzadko zdarza się, że niepalący narażeni są na wdychanie śmierdzących i, co gorsza, trujących oparów w okolicznościach, w których obowiązujące prawo niewiele może im pomóc.
Pomijam oczywiście ewidentne ignorowanie przez palaczy obowiązujących przepisów objawiające się np. bezceremonialnym odpalaniem papierosów na klatkach schodowych, tak, jakby nie można było wstrzymać się na moment i zrobić to na zewnątrz. Nie wspominając o paleniu w windach.
Łamanie prawa z premedytacją to brzmi nawet za poważnie dla określenia takiego zachowania, bo jest to, moim zdaniem, zwykłe chamstwo.
I ostatni przykład, bo choć można ich znaleźć o wiele więcej, to kumulacja tak wielu drażliwych tematów nie jest dobrym pomysłem.
Żalił mi się pewnego razu czterdziestoparoletni znajomy, że idąc alejką na „swoim” osiedlu został upomniany przez młodego dwudziesto-, może trzydziestolatka zaraz po tym, jak upuścił na chodnik pustą torebkę po drożdżówce, którą właśnie konsumował. Ów znajomy z takim oburzeniem wypowiadał się o młodym człowieku, który śmiał mu zwrócić uwagę, że wtedy znalazłem nawet chwilę na zastanowienie czy możliwe jest to, że punkt widzenia na zagadnienia bardzo obiektywne zmienia się tak radykalnie wraz z wiekiem czy niektórzy po prostu rodzą się idiotami a potem starają się jak najdłużej to ukrywać.
Czy pytania o tak aspołeczne, egoistyczne albo wręcz idiotyczne zachowania na zawsze pozostaną pytaniami retorycznymi?
A może po prostu nie zwracać na to uwagi?
Szkoda zdrowia.
Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać.
Kiedy wydaje się, że nawet jeśli nie zawsze postępuję idealnie, choćby w kwestii dobrego wychowania to przecież znam wszystkie niezbędne, złote zasady dotyczące zachowania się w stosunku do otoczenia, głównie innych ludzi.
Taka zasada w pojmowaniu świata wynika z jednej strony z filtrowanej mniej lub bardziej socjalizacji, ale z drugiej strony z pewnego rodzaju autoterapii, która pomaga utrzymać właściwą kondycję psychiczną.
Tym większy kubeł zimnej woli leje się na moją głowę za każdym razem, gdy dostrzegam, że dziwne, nieprzyjemne, czy nawet nonszalanckie czyjeś zachowanie nie jest odchyleniem od mojego (poprawnego) punktu widzenia, ale prawidłową pozycją punktu widzenia tejże, „inaczej” zachowującej się osoby.
Pocieszam się nieraz, że im bardziej ten mój punkt widzenia jest powszechny i uważany za odniesienie dla wielu innych osób, tym większe przekonanie, że to właśnie ten punkt widzenia określa pewne pożądane normy społeczne.
Pozostaje tylko pytanie czy termin ogólnie przyjętych norm społecznych (nie zawieram tu w żaden sposób norm obligatoryjnych) nie ulega rozmywaniu w dzisiejszych, liberalnych czasach.
Coś, co irytuje a nierzadko wyprowadza z równowagi chyba nie tylko mnie.
Najwyższy czas, aby znaleźć jakieś skuteczne rozwiązanie na zatłoczone parkingi. Można mieć takie pobożne życzenie, ale żeby same życzenia miały jakąś moc sprawczą…
Problemu takiego nie mają oczywiście mieszkańcy nowych bloków, gdzie deweloper miał nawet obowiązek zapewnić dostateczną ilość miejsc postojowych. Trudności zauważalne są z reguły w pobliżu bloków 5-letnich i starszych.
Można zrozumieć, że wokół takich blokowisk każde miejsce, zwłaszcza w godzinach popołudniowych jest na wagę złota, ale, moim zdaniem, nie zwalnia to absolutnie żadnego kierowcy z właściwego zachowania i przestrzegania pewnych rozsądnych norm.
Jakże zazdroszczę tym, którzy mają do tej sprawy nawet ambiwalentny stosunek, ale nie wywołuje to w nich żadnych negatywnych emocji.
Za żadne skarby nie potrafię neutralnie ocenić sytuacji, w której widzę jak ktoś w nonszalancki sposób zaparkował swoje auto, blokując jednocześnie dwa miejsca parkingowe. Zwłaszcza w sytuacji, gdy wszystkie inne miejsca są już zajęte.
Albo "artysta" częściowo blokujący wyjazd z parkingu zostawiając swoje auto dwoma kołami na krawężniku, a dwoma na trawie lub w jakiejkolwiek innej, ekwilibrystycznej pozie.
Dlaczego taki kierowca nie doświadcza żadnych nieprzyjemności, skoro nierzadko przez takiego delikwenta musimy szukać miejsca gdzieś znacznie dalej?
Dlaczego żadnych nieprzyjemności nie doświadcza kierowca, który parkując zbyt blisko lub w miejscu co najmniej dziwnym poważnie utrudnia innym wyjazd z parkingu?
No właśnie, dlaczego?
Kolejny przykład, niemotoryzacyjny tym razem.
O ile w wielu przypadkach kwestia palenia papierosów jest już na szczęście unormowana prawnie (choć z wyegzekwowaniem tego prawa jest różnie) to niestety nierzadko zdarza się, że niepalący narażeni są na wdychanie śmierdzących i, co gorsza, trujących oparów w okolicznościach, w których obowiązujące prawo niewiele może im pomóc.
Pomijam oczywiście ewidentne ignorowanie przez palaczy obowiązujących przepisów objawiające się np. bezceremonialnym odpalaniem papierosów na klatkach schodowych, tak, jakby nie można było wstrzymać się na moment i zrobić to na zewnątrz. Nie wspominając o paleniu w windach.
Łamanie prawa z premedytacją to brzmi nawet za poważnie dla określenia takiego zachowania, bo jest to, moim zdaniem, zwykłe chamstwo.
I ostatni przykład, bo choć można ich znaleźć o wiele więcej, to kumulacja tak wielu drażliwych tematów nie jest dobrym pomysłem.
Żalił mi się pewnego razu czterdziestoparoletni znajomy, że idąc alejką na „swoim” osiedlu został upomniany przez młodego dwudziesto-, może trzydziestolatka zaraz po tym, jak upuścił na chodnik pustą torebkę po drożdżówce, którą właśnie konsumował. Ów znajomy z takim oburzeniem wypowiadał się o młodym człowieku, który śmiał mu zwrócić uwagę, że wtedy znalazłem nawet chwilę na zastanowienie czy możliwe jest to, że punkt widzenia na zagadnienia bardzo obiektywne zmienia się tak radykalnie wraz z wiekiem czy niektórzy po prostu rodzą się idiotami a potem starają się jak najdłużej to ukrywać.
Czy pytania o tak aspołeczne, egoistyczne albo wręcz idiotyczne zachowania na zawsze pozostaną pytaniami retorycznymi?
A może po prostu nie zwracać na to uwagi?
Szkoda zdrowia.
Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać.
wtorek, 14 grudnia 2010
Ignorantia iuris nocet, czyli zawsze pod górę...
Dość nietypowy dla mnie temat tym razem.
Ale godzę się z tym, że na mojej stronie zrobił się pewnego rodzaju miszmasz.
Chcę pisać o sprawach, które w danej chwili są dla mnie ważne i, jak to w piramidzie Masłowa, czasem nachodzi mnie chęć na rozważania natury niemalże filozoficznej, ale innym razem borykam się z problemami również ważnymi, ale bardziej przyziemnymi.
Dosyć niedawno sprzedawałem samochód a że nie robię tego często nie znałem wszystkich formalności, których należy przy takiej okazji dopełnić.
O ile znalezienie formularza umowy i jego wypełnienie nie jest jakimś specjalnym wyzwaniem to już parę dni po sprzedaży napotkałem pewien niezmiernie irytujący problem.
Ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej.
Jeśli się nie mylę przepisy dotyczące obowiązkowego ubezpieczenia OC były kiedyś bardziej przyjazne dla obu stron transakcji.
Kupujący miał, bodajże, miesiąc na zawarcie umowy ubezpieczenia a Sprzedający mógł w dogodnym czasie i bez problemu odzyskać od ubezpieczyciela niewykorzystaną kwotę składki.
Wiadomo, że Kupujący fakt zakupu musi zgłosić w Wydziale Komunikacji. Nie wydaje się, aby nadmiernym obciążeniem dla urzędników było dopilnowanie, by w ciągu miesiąca Kupujący przedstawił potwierdzenie zawarcia umowy ubezpieczenia. Najgorszej klasy komputer nadaje się do tego, by wprowadzić dane takiego petenta i oczekiwać przypomnienia o sprawie np. za 30 dni.
Jednakże, jak widać, przepracowani urzędnicy nie potrafią skutecznie monitorować tak banalnych procesów.
Może picie kawy zabiera zbyt dużo cennego czasu.
Doszedłem do takiego wniosku dowiadując się, że powyższy przepis został niestety parę lat temu zmodyfikowany a ja, na moje nieszczęście, dowiedziałem się o tym po fakcie, gdy zgłosiłem się do Ubezpieczyciela po zwrot niewykorzystanej składki.
Ten tylko, kto na własnej skórze tego doświadczył mógłby mnie zrozumieć jak poczułem się, gdy zrozumiałem, że to czy odzyskam SWOJE PIENIĄDZE od ubezpieczyciela zależy tylko i wyłącznie od…Kupującego.
Tylko wtedy, gdyby ten dobrowolnie zrzekłby się ubezpieczenia, za które ja zapłaciłem i wykupił w to miejsce swoje umożliwiłoby mi odzyskanie pieniędzy.
Nie uzgadniając tego wcześniej z Nabywcą auta mogłem jedynie powalić głową w ścianę i rzucić w powietrze parę przekleństw dla rozładowania złych emocji.
I nic poza tym.
Ustawodawca przerzucając obowiązek monitorowania obowiązku ubezpieczenia z urzędników na ubezpieczycieli ewidentnie stworzył podstawę do prawnie usankcjonowanej kradzieży.
I wszystko lege artis, bo przecież, wg nowych przepisów, gdybym wiedział, że Kupujący bezceremonialnie przywłaszczy sobie moje pieniądze zażądałbym więcej za samochód.
Ale nie wiedziałem.
Nowy właściciel cieszy się, bo ma ubezpieczenie gratis, ubezpieczyciel ma nowego klienta, urzędnicy zaczynają drugą kawkę a ja jestem uboższy o kilkaset złotych.
No problem.
Ale godzę się z tym, że na mojej stronie zrobił się pewnego rodzaju miszmasz.
Chcę pisać o sprawach, które w danej chwili są dla mnie ważne i, jak to w piramidzie Masłowa, czasem nachodzi mnie chęć na rozważania natury niemalże filozoficznej, ale innym razem borykam się z problemami również ważnymi, ale bardziej przyziemnymi.
Dosyć niedawno sprzedawałem samochód a że nie robię tego często nie znałem wszystkich formalności, których należy przy takiej okazji dopełnić.
O ile znalezienie formularza umowy i jego wypełnienie nie jest jakimś specjalnym wyzwaniem to już parę dni po sprzedaży napotkałem pewien niezmiernie irytujący problem.
Ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej.
Jeśli się nie mylę przepisy dotyczące obowiązkowego ubezpieczenia OC były kiedyś bardziej przyjazne dla obu stron transakcji.
Kupujący miał, bodajże, miesiąc na zawarcie umowy ubezpieczenia a Sprzedający mógł w dogodnym czasie i bez problemu odzyskać od ubezpieczyciela niewykorzystaną kwotę składki.
Wiadomo, że Kupujący fakt zakupu musi zgłosić w Wydziale Komunikacji. Nie wydaje się, aby nadmiernym obciążeniem dla urzędników było dopilnowanie, by w ciągu miesiąca Kupujący przedstawił potwierdzenie zawarcia umowy ubezpieczenia. Najgorszej klasy komputer nadaje się do tego, by wprowadzić dane takiego petenta i oczekiwać przypomnienia o sprawie np. za 30 dni.
Jednakże, jak widać, przepracowani urzędnicy nie potrafią skutecznie monitorować tak banalnych procesów.
Może picie kawy zabiera zbyt dużo cennego czasu.
Doszedłem do takiego wniosku dowiadując się, że powyższy przepis został niestety parę lat temu zmodyfikowany a ja, na moje nieszczęście, dowiedziałem się o tym po fakcie, gdy zgłosiłem się do Ubezpieczyciela po zwrot niewykorzystanej składki.
Ten tylko, kto na własnej skórze tego doświadczył mógłby mnie zrozumieć jak poczułem się, gdy zrozumiałem, że to czy odzyskam SWOJE PIENIĄDZE od ubezpieczyciela zależy tylko i wyłącznie od…Kupującego.
Tylko wtedy, gdyby ten dobrowolnie zrzekłby się ubezpieczenia, za które ja zapłaciłem i wykupił w to miejsce swoje umożliwiłoby mi odzyskanie pieniędzy.
Nie uzgadniając tego wcześniej z Nabywcą auta mogłem jedynie powalić głową w ścianę i rzucić w powietrze parę przekleństw dla rozładowania złych emocji.
I nic poza tym.
Ustawodawca przerzucając obowiązek monitorowania obowiązku ubezpieczenia z urzędników na ubezpieczycieli ewidentnie stworzył podstawę do prawnie usankcjonowanej kradzieży.
I wszystko lege artis, bo przecież, wg nowych przepisów, gdybym wiedział, że Kupujący bezceremonialnie przywłaszczy sobie moje pieniądze zażądałbym więcej za samochód.
Ale nie wiedziałem.
Nowy właściciel cieszy się, bo ma ubezpieczenie gratis, ubezpieczyciel ma nowego klienta, urzędnicy zaczynają drugą kawkę a ja jestem uboższy o kilkaset złotych.
No problem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
