niedziela, 28 lipca 2013
czwartek, 4 lipca 2013
Nowy rekordzik - 111,11km !!!
Yes! Yes! Yes!
Nawet gdy wyjeżdżałem z domu nie sądziłem, że to właśnie tego dnia przejadę więcej, niż do tej pory mi się udało.
Ale jechało się tak dobrze, że plan zmierzenia się z "setką" pojawił ad hoc!
29 czerwca zaliczyłem 111,11 km - nowy rekord!
Nawet gdy wyjeżdżałem z domu nie sądziłem, że to właśnie tego dnia przejadę więcej, niż do tej pory mi się udało.
Ale jechało się tak dobrze, że plan zmierzenia się z "setką" pojawił ad hoc!
29 czerwca zaliczyłem 111,11 km - nowy rekord!
piątek, 17 maja 2013
Sezon w pełni, więc kółka się kręcą...
W tym sezonie muszę pobić swój rekord dystansu - 100km.
To już postanowione.
Pytanie tylko kiedy odważę się podjąć próbę?
sobota, 19 stycznia 2013
Prawdziwa zima na dwóch kółkach
Zdarzyło mi się już parę razy jeździć po świeżym śniegu.
Frajda
naprawdę jest, zwłaszcza, gdy jest to miękki śnieg, bez lodu, przy
lekko ujemnej temperaturze.
Pierwszy raz
jednak porwałem się na rundkę po obrzeżach miasta w trakcie opadu, gdy
nawierzchnię pokryła kilku- a miejscami kilkunastocentymetrowa warstwa białego
puchu.
Póki co nie
zmieniam zdania, że jazda na rowerze to jest coś, co mnie kręci ale przyznam,
że dzisiaj miejscami było ciężko.
Tam, gdzie
dotarł jakiś pług albo mały spychacz i droga czy ścieżka była z grubsza
odśnieżona to poza tym, że pedałowało się nieporównywalnie trudniej niż na
gołym asfalcie, to przemieszczanie się do przodu z jakąś akceptowalną
prędkością było możliwe.
Przejechałbym
pewnie tak, jak to do tej pory bywało w zimowe dni swoje 15, 20 a może i 30km
ale poczucie przyjemnej podróży urodziło w mojej głowie karkołomny pomysł, by odbić
w mniej uczęszczaną drogę.
Dwie, lekko
wyrzeźbione przez jakiś samochód koleiny a po środku wysoka, śnieżna wyspa.
Dodatkowo, żeby dodać pikanterii sytuacji, w której się znalazłem, gdy droga
zaczęła biec pod górę okazało się, że owe koleiny, w których znalazłem sobie jedyny
możliwy tor jazdy, pokryła już cienka warstwa lodu.
Nie wiem czy
za późno już było na odwrót czy po prostu podświadomie założyłem sobie, że nie
zawrócę ale im dalej byłem od głównej drogi, tym jazda stawała się coraz
trudniejsza.
Nieregularny
kształt koleiny, w której musiałem się poruszać, co chwilę powodował
uślizgiwanie się tylnego koła.
Mimo tego, o
ile udawało się utrzymać przednie koło we właściwym kierunku, konsekwentnie,
choć mozolnie parłem naprzód.
Kolejny
skręt a śnieg stawał się coraz głębszy.
W dodatku,
by obrać właściwy kurs tym razem musiałem przez kilkaset metrów, może kilometr zmagać
się ze śniegiem prószącym prosto w twarz. Na szczęście bez wiatru.
Poczułem się
wtedy, jak uczestnik jakiejś survivalowej wyprawy, który chce udowodnić sobie i
światu, że prawdziwa pasja nie zna żadnych granic.
Co chwilę
traciłem równowagę i choć nie przewróciłem się ani razu to po każdym
zatrzymaniu wielokrotnie próbowałem ruszyć z miejsca, bo nawet przy delikatnym
naciskaniu na pedały, tylne koło kręciło się w miejscu, jakby było zrobione z
idealnie gładkiego materiału.
Pokonanie
zaledwie pięciokilometrowego odcinka poza główną drogą zajęło mi prawie pół
godziny.
Jakąż ulgą
było po tych pięciu kilometrach wjechać znowu na drogę również pokrytą śniegiem
ale trochę mniej intensywnie i do tego wymieszanym z piachem i solą.
Przyszła mi
wtedy do głowy taka prosta refleksja, że jeśli kiedykolwiek w życiu wydaje się
nam, że jest źle, przypomnijmy sobie czy nigdy wcześniej nie zdarzyło się, że
było gorzej a jednak jakoś to przeżyliśmy.
Warto chyba pamiętać
i zawsze sobie powtarzać, że, nawet gdy wszystko dzieje się zgodnie z jakimś akceptowalnym
planem ale nie spełniają się najlepsze marzenia a fortuna jakoś nie chce do nas
przyjść, to trzeba cieszyć się tym, co mamy.
Trudno mieć
to stale w pamięci, bo tak a nie inaczej działa ludzka psychika.
Ale przecież
wiele rzeczy w życiu trzeba robić wbrew naturalnym skłonnościom i nie zawsze
tak, jak jest łatwiej.
Tak filozoficznie nastroiła mnie dzisiejsza wyprawa…http://www.facebook.com/maciekface
środa, 31 października 2012
W pełni rowerowy październik zaliczony!
Postanowienie zaliczenia 31 przejazdów było tak silne, że nieistotna była pogoda, pora dnia czy nawet stan zdrowia.
Zdarzył się jeden dzień z nieprzyjemnym bólem kolana, dwa czy trzy dni z ewidentną infekcją wirusową a także chyba ze dwa dni jazdy w rzęsistym, zimnym deszczu.
Motywacja jest jednak kluczem do sukcesu.
W wielu dziedzinach.
A w listopadzie już tylko czysta przyjemność będzie mogła mnie skłonić do przejechania paru kilometrów, chociaż zaspokajanie własnych przyjemności też może być filozofią życia.
Wiem nawet, że istnieje pojęcie, które w filozofii określa taki styl życia.
sobota, 22 września 2012
100km pękło z hukiem otwieranego szampana!
Ależ jestem z siebie dumny!
Duma tak mnie rozpiera, że wydaję się być trochę szerszy niż normalnie.
A ileż nowych doświadczeń nabrałem, ile dowiedziałem się na temat swoich możliwości i ograniczeń, nie sposób nie docenić.
A jeszcze nie tak dawno byłem przekonany, że mogę w ciągu dnia, na rowerze, pokonać trasę Lublin-Warszawa (ok. 170km).
W ciągu dnia a więc z kilkoma przerwami 5-10 minut a może i dłuższymi.
Ale dzisiaj wiem, że chcieć to nie zawsze znaczy móc.
O ile zmęczenie dałoby się może jakoś opanować to pomijanie wszystkich czynników zewnętrznych jest kardynalnym błędem. Jakże łatwo przekonałem się dzisiaj, że wystarczy w trakcie trasy doświadczyć kompilacji paru niesprzyjających czynników, by z zakładanej wcześniej wydajności stracić 20%, 30% a czasem pewnie i więcej.
Ostatnie 20km w przeważającej części jazda pod górę, przy wietrze dokładnie prosto w twarz i do tego w „prawie normalnym” ruchu ulicznym to autentycznie koszmar.
KOSZMAR, który skutecznie odbierał mi chęć do kontynuowania jazdy.
Gdy zastanawiałem się czy może być gorzej, zaczął kropić deszcz. Na szczęście na kropieniu się skończyło.
Gdybym miał rozpoczynać trasę w takich warunkach to pewnie bym zawrócił ale dzisiaj, mimo tylu cholernie utrudniających jazdę czynników, musiałem, po prostu, dojechać do celu.
Musiałem jakoś wrócić.
I chyba tylko ten warunek pchał mnie powolutku naprzód.
Nawet sympatyczny Samsung, który pozwala mi utrwalać moje trasy, przez ostatnią godzinę jazdy, odzywał się co chwilę sygnalizując, że brakuje mu energii do dalszej pracy.
Nie dość więc, że pod górę i pod wiatr to jeszcze z ciągłą świadomością, że najlepszy, jak dotąd, wynik może najzwyczajniej przepaść, jeśli tylko telefon nagle się wyłączy.
Ale udało się! Ufff.
Wysiłek nieziemski, bo pulsometr Sigma pokazał, że spaliłem aż…5500 kcal.
Choć aplikacja Endomondo w tym samym czasie naliczyła niecałe 2800 kcal.
Różnica dość duża ale byłbym skłonny faktyczny wynik ustalić w granicach właśnie 4000-5000 kcal, bo pulsometr operuje bardziej zindywidualizowanymi danymi, co czyni pomiary dokładniejszymi.
Tak czy tak spaliłem raczej niemało.
Ogólnie więc mimo ogromnego zmęczenia, radość z wyniku jest wielka.
Duma tak mnie rozpiera, że wydaję się być trochę szerszy niż normalnie.
A ileż nowych doświadczeń nabrałem, ile dowiedziałem się na temat swoich możliwości i ograniczeń, nie sposób nie docenić.
A jeszcze nie tak dawno byłem przekonany, że mogę w ciągu dnia, na rowerze, pokonać trasę Lublin-Warszawa (ok. 170km).
W ciągu dnia a więc z kilkoma przerwami 5-10 minut a może i dłuższymi.
Ale dzisiaj wiem, że chcieć to nie zawsze znaczy móc.
O ile zmęczenie dałoby się może jakoś opanować to pomijanie wszystkich czynników zewnętrznych jest kardynalnym błędem. Jakże łatwo przekonałem się dzisiaj, że wystarczy w trakcie trasy doświadczyć kompilacji paru niesprzyjających czynników, by z zakładanej wcześniej wydajności stracić 20%, 30% a czasem pewnie i więcej.
Ostatnie 20km w przeważającej części jazda pod górę, przy wietrze dokładnie prosto w twarz i do tego w „prawie normalnym” ruchu ulicznym to autentycznie koszmar.
KOSZMAR, który skutecznie odbierał mi chęć do kontynuowania jazdy.
Gdy zastanawiałem się czy może być gorzej, zaczął kropić deszcz. Na szczęście na kropieniu się skończyło.
Gdybym miał rozpoczynać trasę w takich warunkach to pewnie bym zawrócił ale dzisiaj, mimo tylu cholernie utrudniających jazdę czynników, musiałem, po prostu, dojechać do celu.
Musiałem jakoś wrócić.
I chyba tylko ten warunek pchał mnie powolutku naprzód.
Nawet sympatyczny Samsung, który pozwala mi utrwalać moje trasy, przez ostatnią godzinę jazdy, odzywał się co chwilę sygnalizując, że brakuje mu energii do dalszej pracy.
Nie dość więc, że pod górę i pod wiatr to jeszcze z ciągłą świadomością, że najlepszy, jak dotąd, wynik może najzwyczajniej przepaść, jeśli tylko telefon nagle się wyłączy.
Ale udało się! Ufff.
Wysiłek nieziemski, bo pulsometr Sigma pokazał, że spaliłem aż…5500 kcal.
Choć aplikacja Endomondo w tym samym czasie naliczyła niecałe 2800 kcal.
Różnica dość duża ale byłbym skłonny faktyczny wynik ustalić w granicach właśnie 4000-5000 kcal, bo pulsometr operuje bardziej zindywidualizowanymi danymi, co czyni pomiary dokładniejszymi.
Tak czy tak spaliłem raczej niemało.
Ogólnie więc mimo ogromnego zmęczenia, radość z wyniku jest wielka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




