sobota, 8 września 2012

(Prawie) szkoła przetrwania

Ależ cholernie ciężko dzisiaj było!
Niby nic nadzwyczajnego, choć "50km" zaliczone!
Super!


Podjazdy, po 10-12 stopni, przy wietrze prosto w twarz...przechlapane.

Dzisiaj, tak naprawdę, po raz pierwszy nabrałem głębokiej pokory do ostatnich "attemptów" Bartka Mejsnera i ogólnie do wszystkich, którzy brali udział w ostatnim ultramaratonie ULTRA-TRAIL DU MONT-BLANC.
Choć ja jeżdżę a oni biegają.
Przejechałem dzisiaj 50km, ale oni przebiegli ponad 100km.
Ja miałem trochę pod górkę i wiatr prosto w twarz, oni duuuuużo pod górkę i deszcz ze śniegiem plus temperatura parę stopni.
Mięśnie paliły mnie jak diabli, uczucie jak tuż przed bolesnym skurczem, musiałem naprawdę dobrze operować przerzutkami, nawet na prostych, by nie skończyło się kontuzją.
Trochę mądrzejszy po ostatnim naderwaniu mięśnia lewej łydki, nie walczyłem bezsensownie z wiatrem. Gdy tylko wiał tak mocno, że nie sposób było jechać szybciej niż 12-15km/h, redukowałem ale bez zwiększania kadencji, czekając na lepsze warunki.
Po raz pierwszy naprawdę było ciężko.
Miałem czas na wiele przemyśleń, o sensie tego, co robię, o samomotywacji, o wyższości techniki asocjacyjnej nad dysocjacyjną…
Taka mała szkoła, dzięki której parę błędów uda mi się w przyszłości unikać.

Brak komentarzy: