wtorek, 11 września 2012

Bieganie, czyli kubeł zimnej wody na głowę

Dzisiaj pokazałem co naprawdę potrafię i na co mnie stać.
To znaczy, nic nie pokazałem, bo stać mnie na niewiele.
Postanowiłem spróbować swoich sił w bieganiu, takim prawdziwym bieganiu, nie tylko do sklepu po piwo ale na, w miarę normalnym, dystansie. I była to absolutna życiowa inauguracja, bo jak sięgam pamięcią to nigdy ale to nigdy nie biegałem dla sportu czy dobrej kondycji.
Dystans cieniutki ale i taki był problemem.
I to bynajmniej nie kondycyjnym.
Jakież miałem wyobrażenia o swoich potencjalnych możliwościach w bieganiu, może nie z nadzieją na bicie rekordów ale na pokonanie choćby w "zdrowym" tempie 5-10km.
Przecież jeżdżę sporo na rowerze.
Często daję sobie wycisk.
W czym więc problem, gdy zamiast na pedały będę naciskał bezpośrednio na grunt?
Kondycyjnie wcale nie czuję się pokonany a nawet dość zadowolony z własnych możliwości.
Ale waga zrobiła swoje.
Już po pierwszych dwustu, trzystu metrach poczułem, że oba kolana lekko się buntują.
Z każdym kolejnym metrem, niestety pod górę, było coraz gorzej.
Jak nie bolały to sztywniały, na zmianę.
Próbowałem ograniczyć ruchliwość kolan, nadrabiając pracą stóp, korzystając głównie z mięśni łydek.
Na niewiele to się zdawało, bo za każdym razem, gdy lewe bądź prawe kolano przyjmowało na siebie, bagatela, 97kg, bałem się, żeby nie skończyło się to źle.


Ale zaliczone!
Momentami wolniej, w tempie prawie jak w nordic walkingu ale wiem przynajmniej na co się porwałem.
Wiem ile to wysiłku i jak istotnie różni się to na przykład od palenia kalorii na rowerze, czy nawet na bieżni.
A różni się cholernie.

Brak komentarzy: