środa, 5 września 2012
MTB z przeszkodami
No, dzisiaj było po bandzie.
Zaczęło się całkiem sympatycznie i zdrowo, z założeniem zamknięcia 100km w ciągu trzech dni a więc spokojnie i bez brawury.
Na Mełgiewskiej szeroka ścieżka, aż miło się jedzie.
Do czasu, gdy przez gówniarza musiałem na pewnym odcinku zjechać na ulicę, jakieś 30-40 metrów przed przegubowym autobusem.
Ale grzecznie, przy krawężniku.
Niestety trafiłem na buca, któremu nie dość, że nie spodobał się mój manewr (choć swoim torem spokojnie mógł przejechać obok mnie), to postanowił, na swój, wiejski sposób ukarać rowerzystę, który śmiał wtargnąć na ulicę.
Przyspieszył, by mnie wyprzedzić, po czym odbił w prawo, a następnie w lewo.
W efekcie tego, gdy znalazłem się w połowie długości pojazdu kierowanego przez tego debila, pomiędzy jego kołami a kołami mojego roweru było jakieś 50cm.
Ale gdy tył „odbijał”, bez mojej reakcji, podróż niewątpliwie skończyłaby się w szpitalu, bo już, gdy tylko centymetry dzieliły moją nogę od karoserii autobusu, nacisnąłem gwałtownie obie manetki hamulców i zaraz potem wyleciałem jak z procy na trawnik, zatrzymując się na latarni.
Na szczęście, NA WIELKIE szczęście, jechałem wtedy jakieś 15-20km/h, więc lądując barkiem na latarni, bez szwanku, wytraciłem prędkość.
Gdy adrenalina skoczyła do 101%, momentalnie podjąłem decyzję, że koniecznie chcę porozmawiać z przygłupem, który kierował owym autobusem i ruszyłem pędem za nim.
Śmieszne, bo nawet kierowcy aut, które jechały za mną, gwałtownie zwolnili, widząc, że mają okazję obejrzeć ciekawy drogowy western.
Niestety na najbliższym przystanku debil się nie zatrzymał, więc pędząc na rowerze miałem średnie szanse, by go dogonić.
Wystarczające jednak, by sięgnąć po telefon i wykręcić numer 997, co, z satysfakcją, zrobiłem.
Autobus przegubowy linii numer 10 o numerze bocznym 5101, który ok. godz. 17.50-18.00 przejeżdżał ulicą Mełgiewską.
W rejestrach Policji jest już odpowiednia notatka na ten temat a na mój wniosek debil może być ścigany. Jako, że poza tym, że napsuł mi sporo krwi, ani ja, ani rower nie ucierpiał w opisanym zdarzeniu, oszczędzę mu odpowiedzialności na podstawie Kodeksu Drogowego, bo straciłbym jeszcze trochę czasu, by do tego doprowadzić.
Znajdę go jednak i spowoduję, że środę, 5-tego września, zapamięta dość długo.
Tak dla własnej satysfakcji…
Potem było jeszcze ciekawiej, choć już nie tak emocjonująco.
Powrót przez nieoświetloną, remontowaną drogę i drogi gruntowe w towarzystwie małej, śmiesznej, rowerowej latareczki to klasyczny hardcore.
Ale udało się.
Jeszcze tylko prysznic, bo spociłem się jak "guziec, czyli dzika świnia z Afryki", a tu akurat nie ma ciepłej wody.
Brrrr.
Aż wąż zesztywniał.
Ten od słuchawki prysznicowej...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz